Tytuł tego materiału ma na celu przyciągnięcie Waszej uwagi. Mimo że na temat kosmetyków naturalnych powiedziano już bardzo dużo, warto do niego wrócić i przyjrzeć się kilku szczegółom #okiemfaceta, które często umykają w tej dyskusji. Cenię sobie związki naturalne i z perspektywy chemika związanego z farmacją widzę jak historia wielokrotnie pokazała, że wiele cennych substancji pochodzi właśnie z natury. Przykładem może być chinina (znana choćby z książki „W pustyni i w puszczy”), atropina występująca w wilczej jagodzie czy hirudyna pozyskiwana z pijawek.

W kosmetykach takich przykładów jest jeszcze więcej: ekstrakt z żywokostu, lanolina pozyskiwana z wełny owczej czy wosk pszczeli. To, czy ktoś jest zwolennikiem składników pochodzenia roślinnego czy odzwierzęcego, jest osobną kwestią i nie stanowi tematu tego materiału.

Nie mam wątpliwości, że w kosmetykach znajdziemy wiele wartościowych składników pochodzenia naturalnego. Mam jednak wrażenie, że trwająca od kilku lat moda na „naturalność” oraz nadmiarowe deklaracje marketingowe części producentów mocno wypaczyły ten rynek. W tym miejscu podkreślam części, bo na rodzimym rynku są marki, które podchodzą rzetelnie.

Coraz częściej spotykamy się z przekazem, że kosmetyki naturalne są zdrowsze, bezpieczniejsze, nie zawierają chemii, nie uczulają i w zasadzie można by tu dopisać dowolną zaletę. Do tego dochodzą skrajne środowiska, które w naturze upatrują rozwiązania wszystkich problemów świata. A jak w każdym przypadku to skrajności są złe.

Choć sam bardzo cenię naturę, to nie można zapominać, że jest ona również źródłem substancji szkodliwych, toksycznych (np. alfatoksyny czy toksyna botulinowa). Nauka rozwinęła się na tyle, że wiemy, które związki działają korzystnie, potrafimy je wyizolować lub zmodyfikować tak, aby były skuteczniejsze i bezpieczniejsze.

Na co dzień pracuję w firmie farmaceutycznej, zajmując się syntezą organiczną. Kontrola jakości nie jest mi obca, a szczegóły związane z jakością surowców mają dla mnie kluczowe znaczenie. W kosmetykach zarówno tych opartych na składnikach naturalnych, jak i syntetycznych to właśnie te szczegóły decydują o bezpieczeństwie i skuteczności.

Uważam, że temat kosmetyków naturalnych jest bardzo wielowątkowy i w tym artykule poruszę jedynie kilka zagadnień.

Czy naturalne zawsze znaczy takie samo?

To jedna z moich największych bolączek związanych kosmetykami naturalnymi i składnikami naturalnymi. Weźmy na tapet sosnę - drzewo iglaste, które w zależności od gatunku, miejsca wzrostu, klimatu, nasłonecznienia czy wieku, będzie miało różne proporcje związków chemicznych występujących w igłach i młodych pędach.

Jednym z popularnych składników kosmetycznych pozyskiwanych z sosny jest olejek eteryczny, otrzymywany w procesie destylacji z parą wodną. W jego skład wchodzą m.in. α-pinen, β-pinen, limonen, borneol czy octan bornylu. W zależności od warunków wzrostu rośliny otrzymujemy olejki o różnym profilu chemicznym, a co za tym idzie i o różnym działaniu i potencjale drażnią cym.

Olejkowi sosnowemu przypisuje się działanie antyseptyczne, rozgrzewające i pobudzające krążenie.

Jednak przy różnicach jakościowych surowca efekt ten może być słabszy, a np. nadmiar terpenów w surowcu może podrażniać skórę. Jeśli kosmetyk opiera swoje działanie na takim składniku, to jakość surowca bezpośrednio może przełożyć się na właściwości produktu końcowego.

Nawiązując do olejków eterycznych, warto pamiętać, że mogą one być źródłem podrażnień, alergii czy reakcji fototoksycznych. Ten temat już był wielokrotnie poruszany. Przykładem są: olejek cynamonowy oraz olejki cytrusowe, zawierające furanokumaryny. Na szczęście nowoczesne techniki oczyszczania pozwalają na ich usunięcie -stąd oznaczenia LEF (Low Elements of Furocoumarins) lub FCF (Furocoumarin Free). Usuwanie te związków można prowadzić z wykorzystaniem np. destylacji frakcjonowanej lub z wykorzystaniem ekstrakcji. W przypadku tej ostatniej techniki oczyszczania wchodzi nam „chemia” z pomocą.

Aloes - nie taki oczywisty

Aloes jest jednym z najpopularniejszych składników kosmetyków. Podobnie jak w przypadku sosny, kluczowe znaczenie ma gatunek, sposób uprawy oraz proces oczyszczania surowca. W przeszłości nie przepadałem za kosmetykami z aloesem ponieważ po jednym z takich produktów swędziała mnie skóra. Teraz już wiem co mogłobyć przyczyną.

Aloes zawiera aloiny — związki organiczne o działaniu drażniącym, alergizującym, a nawet fototoksycznym. Znajdują się one głównie pod skórką liścia. Obowiązujące regulacje jasno wskazują, że w surowcach kosmetycznych aloiny nie powinny występować, co oznacza konieczność odpowiedniego oczyszczenia surowca. Z tego co się orientuje, to regulacje dotyczą Unii Europejskiej.

A co z kosmetykami kupowanymi w dalekich krajach na wakacjach?

Analizując skład INCI i widząc zapis Aloe Barbadensis Leaf Juice, nie jesteśmy w stanie ocenić jakości ani stopnia oczyszczenia użytego składnika.

Co tak naprawdę wprowadzamy do kosmetyku?

Ekstrakty roślinne to zawsze mieszaniny wielu związków chemicznych. Chyba nie istnieje ekstrakt, który zawierałby jeden, idealnie czysty składnik. Kluczowe znaczenie ma źródło surowca oraz miejsce jego uprawy - niektóre rośliny, jak np. wierzba, mają zdolność kumulowania metali ciężkich (kadm, miedź, cynk, nikiel).

Na szczęście certyfikowani dostawcy badają zawartość tych pierwiastków, a chemia pozwala usuwać z surowców składniki niepożądane. Tu wkracza ta „zła chemia”

Pojawia się tu pytanie: czy w kosmetyku bardziej zależy nam na pojedynczym, oczyszczonym związku aktywnym, czy na mieszaninie substancji, z których część może być jedynie balastem? Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. W przypadku skór wrażliwych taka mieszanina często okazuje się złym wyborem. Nierzadko to proste, przemyślane składy są najlepszym rozwiązaniem - niezależnie od tego, czy składnik pochodzi z natury czy otrzymywany jest syntetycznie.

Naturalne ≠ jadalne ≠ bezpieczne

Często spotykam się z opinią, że w kosmetykach powinny znajdować się wyłącznie składniki, które można zjeść. No cóż… bez odpowiedniej obróbki niektóre „naturalne” składniki mogłyby skończyć się bardzo źle.

Dobrym przykładem jest olej rycynowy, powszechnie stosowany w kosmetykach do brody czy rzęs.

Pozyskuje się go z nasion rącznika pospolitego, które zawierają rycynę — jedną z najsilniejszych toksyn. Sama rycyna nie przechodzi do oleju, ale fakt ten pokazuje, jak istotna jest odpowiednia obróbka surowca.

Naturalne i bezpieczne — co to naprawdę znaczy?

Osobiście uważam, że deklaracja „99% składników pochodzenia naturalnego” niewiele znaczy. Wiele surowców naturalnych wymaga obróbki chemicznej np. ekstrakcji, filtracji czy krystalizacji z wykorzystaniem rozpuszczalników, czyli… chemii. Czy w tym przypadku nadal jest tak naturalnie?

Moim zdaniem nie ma znaczenia pochodzenie surowca, bo dla mnie liczy się jego jakość. Naturalny składnik zanieczyszczony metalami ciężkimi może długoterminowo zaszkodzić skórze. Podobnie syntetyczny związek, jeśli jest źle oczyszczony, może być źródłem podrażnień dla naszej skóry.

Prawda jest taka, że bardzo wiele zależy od producenta i jego decyzji zakupowych. Ten sam surowiec może kosztować 10 lub 100 zł za kilogram, różniąc się jakością, stopniem oczyszczenia i dokumentacją. To na podstawie certyfikatów i deklaracji decyduje się, czy sięgamy po surowiec najwyższej czystości, czy po taki, który będzie wystarczający i równie skuteczny.

Na rynku europejskim kosmetyki dopuszczone do obrotu są przebadane, bezpieczne i …często badane na ludziach.